.

.
Zanim ostatecznie zdecydujesz się dołączyć do gry na naszym blogu, przejrzyj wszystkie zakładki, ponieważ to właśnie one pomogą Ci dopasować się do realiów fabuły. Nieznajomość regulaminu nie zwalnia przecież z jego przestrzegania. Kiedy już uznasz, że wiesz wystarczająco, by móc stworzyć własną postać - zostaw komentarz w odpowiednim miejscu, abyśmy mogli przesłać Ci zaproszenie. Miłej zabawy!
pogoda
Lato się kończy, a niebo coraz częściej przyozdabiają srebrzyste chmury. Na szczęście temperatura nie spada zbyt szybko, więc obozowicze co jakiś czas mogą jeszcze leniwie wygrzewać się w słońcu. Przez najbliższy tydzień możemy spodziewać się od 20"C do minimum 17"C.
aktualności
- Za nową szatę serdecznie dziękujemy Kaylo ♥
- Gra toczy się w komentarzach oraz na GG.
- Górna granica wieku Obozowiczów wynosi 23 lata, później heros opuszcza Obóz, bądź zostaje w nim żeby 'pracować'.
ogłoszenia
- Powoli blog budzi się do życia.
- Szukamy nowych rekrutów.
-Wszystkie zakładki na stronie zostały edytowane.
- Na blogu pojawił się Shoutbox.
- Zachęcamy do gry w komentarzach!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urodziny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2015

I'm asshole, you can't do anything about it

Running 'round leaving scars
Collecting your jar of hearts
And tearing love apart
Wytoczył się z łóżka bez chęci do życia. Czyli standardowa rutyna - życie jest do niczego, ale jeśli myślą, że mnie zabiją to już mi ich szkoda. Wbił zaspane spojrzenie w kalendarz - 16 lipca - odniósł wrażenie, że powinien pamiętać o czymś, ale skoro nie pamiętał to nie mogło to być nic ważnego. Twarz zapełniła się zdegustowanym wyrazem. Wolałby wrócić z powrotem do łóżka niż być zmuszonym uczyć tych nowicjuszy jak obsługiwać miecz. Chejron z Mr. D zdecydowali, że skoro Deran i tak ma już za sobą kilka lat więcej niż zwyczajny 19 latek to idealnie sprawdzi się w roli nauczyciela. Nie wzięli tylko pod uwagę, że umiejętności nijak imały się do jego charakteru i braku cierpliwości do herosów, którzy nawet nie powinni się tak nazywać, bo są i za młodzi i za głupi, a przede wszystkim nie potrafią walczyć. Gdyby tak przydzielili go do bardziej zaawansowanej grupy to jeszcze może by to zniósł. Zwłaszcza, że zamiast 13 i 14 latków, sporadycznie 15, mógłby przynajmniej nacieszyć oczy dziewczynami bliższymi 18 lat. Gdzieś na dnie jego umysłu czasami włączało się drobne alarmujące światełko, że przecież ma dziewczynę. Szybko je tłumił, tłumacząc, że nie można jeszcze karać za to że na kogoś patrzy, poza tym póki Alla o tym nie wiedziała, to tak jakby nic się nie działo.
Tydzień, dwa, jeszcze miesiąc po tym jak wybrali się do miasta to uczucie w nim wrzało. Myślał, że jest najszczęśliwszym facetem pod słońcem mając taką dziewczynę u swojego boku. Był gotów porzucić swój dotychczasowy tryb życia, chciał prawić jej komplementy i przyglądać się jak się uśmiecha. Uhhh... jaki ja byłem głupi. Takie to słodkie, że zaraz puszczę pawia. Z czasem zaczęło się wydawać, że to tylko formalność. Tulił ją, może tak, ale bardziej z grzeczności, ha! Pomyśleć, że był do tego skłonny. Tak naprawdę nikt nie mógł już nigdy zastąpić mu Nikol, to była dziewczyna jedna na milion na cały ten pieprzony wszechświat. Zdał sobie sprawę z tego, że nigdy nie chciał jej zastąpić. Wszystko bywało tylko tymczasowe, aby stłumić wewnętrzny ból, żeby go zagłuszyć. A Alla? Książkowe - chwilowe zauroczenie. Aż dziw brał, że jeszcze potrafił prowadzić tą maskaradę.
Przerzucił ręcznik przez ramię i mając na sobie jedynie dolną część piżamy wybrał się do łazienki, z której wybył w pełni ubrany na trening. Czy było już wspomniane jak bardzo nie chciał tego robić? Bardzo. Z dwojga złego, wolał jednak mieć przyzwolenie na przebywanie w obozie, niż życie pośród ludzi gdzie wiecznie musiałby oglądać się przez swoje ramię. To byłoby jeszcze gorsze życie niż te, które prowadził tutaj. Zaraz przy wyjściu chwycił swój miecz i wsunął go jednym zwinnym ruchem do pochwy uczepionej jego pasa
Już z daleka zmierzył swoich uczniów krytycznym spojrzeniem. Po raz setny przeklął w myślach swój los przesuwając dłonią po dwu tygodniowym zaroście. Mruknął coś pod nosem w odpowiedzi na ich entuzjastycznie i mniej powitania. Dzieciaki do tej pory nie rozumiały chyba jeszcze jak bardzo nie trawił spędzania z nimi czasu. Korku po kroku starał się im wpoić chociażby podstawy, jak trzymać miecz już nawet nie wspominając o poprawnym ciosie, którego do tej pory żadne z nich nie wykonało. Po raz pierwszy od dawna tak bardzo go to zajęło, że wyłączył się z zewnętrznych bodźców jak inne trenujące osoby i te siedzące na miejscach widowni, a nie zdarzało mu się zazwyczaj pomijanie takich urodziwych widzów jak córki Afrodyty. Były tam tylko we dwie. Obie długowłose blondynki notorycznie powracające do Derana spojrzeniem.
- Okej, okej, wystarczy Jack, nie popisuj się, bo jeszcze się skaleczysz. Lepiej odnieść te badyle na miejsce. A ty Mark mu pomożesz. Już. Nie patrz tak na mnie. Jutro będzie gorzej. - Uśmiechnął się z satysfakcją teraz kierując spojrzenie na 12 i 10 letnie dziewczyny. Był na tyle wysoki, że musiał kucnąć aby mieć z nimi kontakt wzrokowy. - Wy zabierzecie ochraniacze i macie wolne. - Podniósł się na równe nogi. - Reszta może iść. - Odparł donośnym tonem obejmując wzrokiem znajdującą się przed nim grupę. - Tylko nie jęczcie, mam wrażliwy słuch. Poza tym musicie się zahartować. To dopiero początek, poczekajcie aż coś was zaatakuje, będziecie mieli szczęście jeśli wyjdziecie z tego tylko z kilkoma sińcami. - Wcale nie starał się ich zachęcić. Wręcz przeciwnie liczył na to, że będą się chcieli urywać z zajęć, które prowadzi. Dzięki temu miałby mniej do roboty, a to zawsze chociaż przebłysk jakiegoś szczęścia, chociaż wątpił by mogło się tak faktycznie stać.
Kiedy gromada karzełków zaczęła się rozchodzić on dopiero wtedy zlustrował arenę swoim spojrzeniem. Oczy zatrzymały się na ładniejszej z dziewczyn, a na twarz wpłynął szelmowski uśmiech. Puścił jej oczko, na co dziewczyny zareagowały chichotem i szybko zaczęły schodzić z areny. Spotkali się w połowie drogi.
- Jessie, wiesz gdzie będę. Paaa. - Cmoknęła swoją siostrę w policzek, rzucając jeszcze na odchodne uwodzicielskie spojrzenie w stronę chłopaka, który zareagował rozbawionym wyrazem twarzy przy czym pokręcił jeszcze głową. To, że uważał to za dość ograne zagranie, nie znaczyło, że nie mógł czerpać z tego przyjemności - to był idealny sposób, żeby podbudować sobie i tak już napęczniałe ego.
- Więc, przystojniaku? Idziemy dzisiaj do świata ludzi? - Zagryzła wargę kładąc dłoń na jego klatce piersiowej.
- Może później. Na razie jestem głodny. - Mruknął zbliżając się do niej, jednak po chwili odstępując na krok, aby skierować się do pawilonu jadalnego. Jess westchnęła w rozczarowaniu i szybko go dogoniła. Deran faktycznie miał powód aby być głodnym. Nie obudził się przecież na śniadanie i spóźnił na trening, uważał jednak, że było warto chociaż dla tej godziny snu więcej.
- Przecież nie ma jeszcze pory obiadowej, a śniadanie już się dawno skończyło.
- Coś się na pewno znajdzie.
Nie zbytnio interesował się tym co takiego mówiła dziewczyna. Zgadywał, że nie było to nic wartego jego uwagi, poza tym ostatnie czego chciał słuchać to tego jak fałszywe są jej siostry, lub kto to ostatnio jej podpadł i jak to swoim wdziękiem i urokiem skłoniła jakiegoś biedaka to mycia luster w jej domku. Zastanawiał się jak to rozegrać aby nie musiał jej jednak zabierać. Poza obozem nie była mu już potrzebna, tam mógł znaleźć sobie jakąś ludzką dziewczynę. Jakoś zapewne ją spławi po zjedzeniu i będzie mógł spokojnie wstąpić jeszcze po inne ciuchy i wybyć z obozu, albo poczeka do wieczora i wtedy się wymknie.
Tak jak planował, udało mu się zdobyć jeszcze coś do jedzenia, nawet nie byle co, bo nie ma to jak stek. Był w połowie posiłku kiedy Jessica zauważyła, że Deran kiwa jedynie głową, nawet kiedy zadała mu pytanie. Żeby zwrócić na siebie uwagę wsunęła się na jego kolana i pocałowała go w policzek. Deran skończył przeżuwanie mięsa i kiedy przełknął zwrócił na nią swoje oczy, jakby pytające przy okazji obejmując ją swoim ramieniem.
- Co o tym sądzisz? Mogłabym zawsze kupić coś na mieście. - Pytanie nadal wyrwane było z kontekstu, więc, żeby nie być zmuszonym na odpowiadanie na nie pocałował ją.
- A Alla? - Spytała z czułością przykładając dłoń do jego twarzy. Zajrzała w jego oczy znajdując tam jedynie pustkę, wiedząc, że reszty i tak nie pozwoliłby jej zobaczyć. Blondynka wierzyła, że to może się jeszcze zmienić, że uda się jej znów wzbudzić w nim to co ona czuła przy pierwszym ich pocałunku. Chłopak zdążył jeszcze rozejrzeć się symbolicznie, nie szukając tak naprawdę kogokolwiek.
- Nie widzę jej tutaj, poza tym, skąd nagle taka troska o nią? - Musnął jej usta. Objął ją w pasie silnymi ramionami sadzając ją na przeciwko siebie. Dłonie wręcz mechanicznie błądziły po jej pośladkach zaprogramowane tylko na jeden monotonny tryb. Dziewczyna wzruszyła jedynie ramionami w odpowiedzi, po czym uśmiechnęła się zalotnie i oblizała swoje wargi. Przyłożyła drugą dłoń do jego policzka. Czuła kłujący zarost pod swoimi placami, które nie przywykły do takiej faktury w Jessice wzbudzając tylko więcej pociągu do chłopaka. Zbliżyła się do niego powoli pozwalając aby ich płytkie oddechy mogły się synchronizować. Czuła ciepło jakim oplatał ją chłopak. Przysunęła się jeszcze bardziej, niemalże muskając swoimi wargami jego. Czuła bicie jego serca - równomierne, spokojne, wręcz zbyt spokojne. Nie przyspieszyło nawet odrobinę. Ze świstem nabierając powietrza wpiła się w jego usta. Narastająca w niej pasja nie pozwalała się od niego oderwać. Jeśli tylko było to możliwe przysunęła się jeszcze bliżej niego, pogłębiając pocałunki. Deran wsunął dłonie pod jej obozową koszulkę napawając się jej delikatną i nieskazitelną skórą. Gładził czule jej plecy, aż do momentu gdy dziewczyna nagle się od niego oderwała. Oboje oddychali przyspieszonym tempem, jednak Jessica zdecydowanie nie skupiała już całej uwagi na nim. Z góry założył, że jeśli nie było tam nikogo, to tym bardziej nie będzie tam Alli. Nie wiedział jeszcze jak bardzo się mylił...

HAPPY BIRTHDAY ALLA!
You're gonna catch a cold
From the ice inside your soul





A oto i spóźniony, urodzinowy post dla Alli. 
Tak jak w tytule. Deran nim był, jest i będzie. 
Oczywiście można jeszcze trochę rozwinąć sytuację w komentarzach jeśli będzie chęć. 

wtorek, 7 lipca 2015

Because it's your day


Wiedział dobrze, że Brae nie obchodzi swoich urodzin, ale miał nadzieję, że mimo ogólnej chęci zaskoczenia dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że Geranon nie odpuści. To tak bardzo ważny dzień dla niej, tak samo jak dla niego i nie wyobrażał sobie jak mogłoby to być bez uczczenia, że dziewczyna jest tu w obozie już kolejny rok, dzięki temu, że te kilkanaście lat temu przyszła na świat. Może się to wydawać nieco dziwne, ale taka była właśnie prawda, urodziny to świętowanie naszych narodzin. Nie... to jednak nie jest dziwne, gdyby Brae nie przyszła na świat, Geranon nigdy by jej nie poznał i ... i jego życie nie byłoby pełne. Jednak teraz mowa była o Brae, bo to przecież jej ważny dzień.

Przygotowania tak jak zazwyczaj zaczął od zaplanowania wszystkiego w swojej głowie już kilka dni wcześniej. Oczywiście, była to dość chaotyczna metoda pracy, bo w trakcie wymyślania wykonywał już pewne punkty, a niektóre pomijał, bo jeszcze nie zostały stworzone. Czasami myśli były szybsze od niego, a czasami okazywało się, że zrobił coś co potrzebne było dopiero w podpunkcie ósmym. Podobnie jak ostatnim razem zgłosił się do syna Hefajstosa, który pomógł mu w przeistoczeniu jego wyobrażonego przedmiotu w rzeczywisty i namacalny kształt. Co oznaczało, że Geranon swoim urokiem osobistym przekonał go, aby użyczył mu zarówno pracowni jak i narzędzi. Z wielkim skupieniem przyglądał się z fascynacją jak tworzona była jego wizja. Wydawało się to być niesamowite, to jak można nadać życia naszym myślą, to, że mogą zaistnieć w świecie z taką łatwością...

Stworzony księżyc był identyczny do tego, który dziewczyna dostała jako naszyjnik. Dobrze... prawie identyczny, bo jako że do bransoletki był nieznacznie mniejszy. Mógł oczywiście pozostawić taką zawieszkę z esencją światła i na pewno efekt końcowy byłby idealny, ale pomyślał, że aby ożywić tą część biżuterii doda jeszcze po obu stronach dwie gwiazdy, jeszcze mniejsze niż księżyc i wykonane w pełni tylko ze srebra. Zazwyczaj nie zajmował się takimi rzeczami jak biżuteria, bo można było powiedzieć, że raczej nie miał 'stylistycznego drygu', dlatego też prezenty, które wykonywał dla Brae były raczej mało skomplikowane i to właśnie ona jest jedyną osobą, która otrzymuje jakiekolwiek jego prace powiązane z tą dziedziną.

Kiedy ta część jego planu została wykonana, przyszedł czas na pudełko i tym razem postanowił, że nie będzie ono drewnianą szkatułką, a kulistą bryłą, która otwierać się będzie na dwie części, a w jej wnętrzu wypełnionym granatowym materiałem znajdować się będzie bransoletka. Jako że kula nie mogłaby stać w miejscu na żadnej prostej powierzchni, Geranon wymyślił aby zrobić z niej księżyc, który dziewczyna będzie mogła powiesić pod sufitem. Wykonał on specjalny haczyk, a księżycowe pudełko otoczył aurą światła, na tyle delikatną aby nie przeszkadzało ono nikomu podczas snu, a jednak nadal widoczną. Spędzał całe dnie dopracowując swoje twory i był na tyle zaangażowany, że zdążył zapomnieć nawet o jedzeniu.

Na szczęście przy następnym etapie miał okazję najeść się za te dwa dni przy wykonywaniu prototypów ciast i ciastek na następny dzień. Kuchnia wyglądała jakby przeszło przez nią tornado, ale najważniejsze, że Geranon znalazł idealny produkt, który wykona jutro z samego rana. Wiedział, że dziewczyna nie przepada za jedzeniem, więc nie wykonał ogromnego urodzinowego ciasta decydując się na dużo skromniejszą jego wersję przypominającą niestandardową muffinkę. Jej średnica była mniej więcej rozmiarów trzech takich właśnie ciastek i aby było ciekawiej zdobył 18 świeczek i miał zamiar wszystkie je zmieścić na tej właśnie powierzchni, była to w końcu osiemnastka i mogli zaszaleć.

Tłumy ludzi? Huczna muzyka? Zamiast tego Geranon zbił ze sobą kilka desek tworząc coś w rodzaju tratwy, tyle, że zamiast na wodzie umieścił ją na drzewie. Solidne gałęzie i pień bez problemu będą mogły utrzymać ich dwójkę, a dzięki stworzonemu podestowi, będzie można też tam umieścić ciasto. Taki piknik w powietrzu. Aby wszystko było dopracowane, wspiął się też na wyższe gałęzie gdzie umieścił ręcznie wykonane lampiony 'zasilane' światłem, które chłopak im podarował. Drzewo wyglądało niczym bożonarodzeniowa choinka, tyle, że bez kolorowych bombek.

Kiedy dopiął wszystkie punkty z listy zostały odhaczone, chłopak ubrał koszulę i radosny ruszył do swojego domku w którym dziewczyna tymczasowo przebywała, a w którym on nie pojawił się przez cały dzień. Zapukał i cofnął się o krok, nawet jeśli bez problemu mógłby po prostu wejść do środka.

-----------
Mam nadzieję, że mogłem założyć, że jednak doszło do tej 'tymczasowej przeprowadzki'...

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Urodziny Dylana O'Neiro



Nie miałam dostępu do komputera, więc dodawane z opóźnieniem,
choć napisane zostało 17/18 grudnia. No cóż, wszystkiego najlepszego, Dylanie <3
 

OPOWIADANIE URODZINOWE
(Urodziny Dylana O’Neiro. POV Leslie Rose)

Gdyby ktoś zakradł się tego grudniowego wieczora pod okno Domku Hebe w Obozie Herosów, mógłby dostrzec jedyną jego mieszkankę, siedzącą w fotelu i zawiniętą w koc, by choć trochę się ogrzać. W jednej ręce trzymała duży granatowy kubek wypełniony niemal po brzegi parującym kakao – mocnym i gęstym, takie jakie najbardziej lubiła. W drugiej – niewielki kalendarzyk. Rudowłosa – a może bardziej kasztanowowłosa? – gładziła machinalnie wypisaną starannymi, lekko pochyłymi, literami datę.

21 grudnia.

21 grudnia – Jego urodziny.

21 grudnia – urodziny najważniejszej osoby w jej życiu.

Był 14 grudnia, dokładnie tydzień przed urodzinami Dylana. Leslie pragnęła, by ten dzień był wyjątkowy. Uśmiechała się do siebie, rozmyślając o tym najwspanialszym chłopaku, jakiego gościł świat. Kto by pomyślał, że będzie miała tyle szczęścia w niełatwym życiu greckiego herosa.

***

Leslie nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia. To idiotyczne, by wierzyć, że można kogoś pokochać, ledwo się go zobaczy. Zauroczenie może i owszem, ale tylko chwilowe i płytkie. Bo i jak można kochać kogoś tylko ze względu na wygląd zewnętrzny?

Miłość. Miłość natomiast zawsze sięga początkiem czasów, kiedy nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ktoś staje się nam coraz bliższy i bliższy…

Jak słusznie powiedział Gus – bohater jednej z jej ukochanych książek:

„zakochiwanie się jest jak zasypianie – najpierw powoli, a potem nagle i bez reszty”

I tak właśnie stało się w przypadku Dylana i Leslie. Oboje trafili do Obozu w bardzo wczesnym dzieciństwie, nawet jak na herosów. Byli jedyni w tak młodym wieku, więc siłą rzeczy już to ich zbliżyło. Razem spędzali czas, bawili się. Gdy podrośli, ich relacje trochę osłabły, gdyż mieli już więcej rówieśników, a syn Hypnosa sporo rodzeństwa. Jednakże, niczym magnesy, zawsze zwracali na siebie uwagę. Pewnego dnia chłopak zagadał do niej i czytała mu książkę. Upływ czasu zmienił oboje. Poznawali się jakby na nowo. Zaczęli razem siadać na posiłkach, razem trenować, często czytała mu na głos swoje ulubione książki, a on dzielił się z nią swoją pasją malarską i rysunkową. Odnaleźli wspólny język i znów, jak we wczesnym dzieciństwie, rozumieli się bez zbędnych słów. Stali się nierozłącznymi przyjaciółmi. Ale dopiero rok - a może półtora - później, zaczęli czuć do siebie coś więcej. Zaczęli patrzeć na siebie inaczej, choć początkowo się do tego żadna ze stron nie przyznawała. Rodzeństwo Dylana nie było zaskoczone, gdy pewnego dnia ich brat zaczął chodzić z córką Hebe. Minęły miesiące, a zakochanie przerodziło się w nieśmiałą i niedojrzałą miłość. A potem, nawet nie zauważyli kiedy, ich serca wypełniła świadoma i silna miłość, którą można było dostrzec w oczach obojga, gdy wymieniali spojrzenia.

***

I właśnie dlatego Leslie pragnęła uczynić dzień urodzin swojego chłopaka wyjątkowym.

***

Przygotowania zaczęła już jakiś czas temu.

Spadek po ojcu trzymała na lokacie, a ponieważ nie była osobą rozrzutną i nie wydawała wiele, przez lata uzbierała się z tego pewna sumka. Idealna na taką okazję. Dlatego też, udała się do Domku Hermesa – szczęśliwych posiadaczy elektroniki udoskonalonej tak, by działała na terenie Obozu. Po długich godzinach szperania w Internecie, trafiła na koszulkę idealną dla Dylana. Cała ciemna, z przodu przechodziła w odcienie fioletów, granatów i szarości, udając gwieździste niebo. Na tle nocnego nieba odcinał się czernią księżyc, na którym spał chłopiec – przerobiony symbol DreamWorks Animation. Na lewo od niego widniał pełen zawijasów napisów „sweet dreams”. Piosneka Eurythmics „Sweet Dreams” była jedną z ich piosenek, więc koszulka podwójnie podbiła jej serce. Była taka śliczna… Już miała kliknąć „zakończ zakupy”, gdy nagle dostrzegła damską bluzkę „i love Dylan”. Co prawda była w kolekcji ubrań fandomowych serialu „Teen Wolf”, więc chodziło o Dylana O’Brien, ale na sama koszulka nie zdradzała, o którego Dylana chodzi. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i złożyła zamówienie z odbiorem na poczcie w pobliskim miasteczku. Do tego zamówiła jeszcze przywieszkę z symbolem Hypnosa, zastanawiając się przy okazji, czemu śmiertelnicy produkują takie rzeczy, którą będzie mógł zawiesić na obozowym naszyjniku. Podziękowała wylewnie dzieciom Hermesa i z lekkim sercem wróciła do swojego domku. Nawet nie zauważyła, kiedy zrobiło się tak późno.

Tego dnia zasypiała z uśmiechem na ustach. Już wyobrażała sobie minę chłopaka, gdy zobaczy koszulkę. A szczęście i radość Dylana były szczęściem i radością Leslie.

***

Kilka dni później wybrała się do miasteczka po składniki na tort urodzinowy – kuchnia obozowa była stanowczo słabo zaopatrzona w tym kierunku, i papier prezentowy. Wstąpiła na pocztę, gdzie okazało się, że przesyłka jeszcze nie doszła. Skierowała się więc do marketu. Po zrealizowaniu listy zakupów, korzystając z okazji, zajrzała także do niedawno otworzonego sklepiku z dosłownie wszystkim od ubrań, przez artykuły papiernicze i bibeloty, po książki, czy artykuły ogrodnicze. Spędziła sporo czasu, oglądając wszystko. Zobaczyła śliczny ręcznie robiony zegar z kukułką, przymierzyła kwiecistą apaszkę, powąchała mocne lawendowe perfumy – stanowczo nie jej zapach, wolała delikatne zapachy, pooglądała kolekcję porcelanowych azjatyckich słoników. Już miała wyjść, gdy nagle dostrzegła komplet pędzli samotnie leżący na stercie książek i gazet. Zaintrygowana podeszła bliżej i rozpoznała specjalne pędzle. Nagle usłyszała za sobą głos.
- Jak panienka jest zainteresowana, jest cały zestaw do farb olejnych. Pierwsza klasa.  – namawiała staruszka, zapewne właścicielka sklepu – Olej Art. – Gdy Leslie usłyszała nazwę, uniosła brwi w zaskoczeniu. Kojarzyła nazwę, Dylan kiedyś wspominał, że to jedne z najlepszych farb olejnych. Podążyła za starszą panią, która najwyraźniej jakimś magicznym sposobem, orientowała się, co gdzie jest w tym zagraconym sklepiku. W końcu wyciągnęła neseser oprawiony w czarną skórę i podała dziewczynie. Po otwarciu, okazało się, że w środku znajduje się cała gama barwna farb olejnych, zestaw różnych grubości specjalnych pędzli oraz szpachelka. Niby Leslie miała już prezent dla chłopaka, ale nie mogła się powstrzymać. Po zapłaceniu wyszła ze sklepu i nucąc udała się w drogę powrotną.

Nieco ponad półtorej godziny później, przemknęła się znowu przez granicę. Miała dużo szczęścia, gdyż żaden strażnik jej nie przyłapał. Wróciła do domku i rozpakowała zakupy. Zestaw schowała na dno szafy, by Dylan przypadkiem na niego nie natrafił, a składniki zaniosła do kuchni. Mieszkała sama w domku, więc nie potrzebowała dużego pokoju dziennego. Sypialnię miała na górze, w związku z czym cały parter byłby salonem. Za zgodą Chejrona, i z jego pomocą, wydzieliła część pomieszczenia na niewielką prowizoryczną kuchnię. Nic wielkiego. Mała, naprawdę mała lodówka. Kilka szafek wiszących oraz szuflad pod blatem. I najcenniejsza zdobycz, którą długo negocjowała i w końcu dostała, bo „jest wystarczająco dorosła i odpowiedzialna”, choć Pan D. mocno kaprysił, - kuchenka gazowa. Co prawda jedynie dwa małe palinki, ale coś drobnego można było ugotować. Choćby czekoladowy budyń, który uwielbiała tak, jak wszystko, co czekoladowe. Ale tortu już nie. Teraz zrobiła jedynie krem i wstawiła go do lodówki.

***

Następnego dnia, udała się do kuchni obozowej. Dyżur pełnili dzisiaj Domku Afrodyty, nie lubiący brudzić sobie rąk, więc bez trudu wynegocjowała możliwość skorzystania z piekarnika w zamian za pozmywanie po obiedzie za córki bogini miłości.

***

Jeszcze świtało, kiedy znajomy kształt wymknął się z obozu do miasteczka. Pełniący swoje obowiązki strażnik, przymknął oko na dziewczynę. Wiedział, że jest odpowiedzialna i idzie do miasteczka tylko z jakiegoś naprawdę ważnego powodu. I miał rację. Tuż przed śniadaniem wróciła, niosąc w rękach sporą paczkę, odebraną na poczcie. Odgarnął swoje przydługie brązowe włosy do tyłu i uśmiechnął się do siebie, słysząc jej radosne nucenie. Widać nie zdawała sobie sprawy, że ją dostrzegł. Jego uśmieszek pogłębił się. Zapewne dziewczyna uważała się za taką sprytną, nie zdając sobie sprawy, iż tak naprawdę, została po prostu przez niego przepuszczona do granicy.

***

Tort stał na blacie w kuchni, a rudowłosa dziewczyna pochylała się nad nim, pracując nad pełną detali dekoracją. Co chwila przecierała zmęczone oczy, między brwiami pojawiła się zmarszczka. Skupiona, uważnie kończyła swoje dzieło. Nie chciała zepsuć całości jednym nieuważnym ruchem. W reszcie odsunęła się i uśmiechnęła do siebie dumnie. Wiele godzin pracy opłaciło się – przed nią stał kawowo-orzechowy tort przekładany kremem, a na wierzchu widniał obrazek - tańcząca ze sobą para. Rudowłosa dziewczyna w zwiewnej kremowej sukience z dopasowaną górą oraz ciemnowłosy chłopak z muszką przy kołnierzyku. Otaczał ich wianuszek z wiosennych kwiatów. Wstawiła ciasto do lodówki i poszła na górę. Ledwo położyła głowę na poduszce, zmęczona już zasnęła.

***

Następnego dnia pozostało jej jedynie zapakowanie prezentów. Starannie owinęła w błyszczący papier koszulkę i zawieszkę jako jedną paczkę, a neseser jako drugą.

Miała jeszcze czas, bo Dylan od rana miał trening i wróci dopiero po obiedzie. 

Po posiłku wróciła do domku i szybko przełożyła tort do pudełka. Zawiązała wstążkę wielką kokardę. Przebrała się w dopasowane ciemnogranatowe spodnie, w które wsunęła zamówioną jasnoszarą koszulkę z napisem „i love Dylan”. Na wierzch założyła elegancką damską marynarkę z rękawem trzy-czwarte, a włosy spięła kremowoperłową spinką-różą w niesforny kok, z którego wymknęło się kilka kosmyków. Usta przeciągnęła błyszczykiem, paznokcie już rano pomalowała perłowym pół-kryjącym lakierem. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze z zadowoleniem. Założyła granatowe szpilki pasujące do kompletu i skierowała się do wyjścia.

Wyszła z domku, niosąc trzy paczki jedna na drugiej. Nagle ogarnęło ją zwątpienie. Czy na pewno prezenty spodobają się chłopakowi? Dylan ma już przecież tyle koszulek. W dodatku może znudził mu się już ulubiony tort kawowo-orzechowy? Poza tym, uwielbia malować farbami olejnymi. Co jeśli nie potrzebuje takiego zestawu, bo już kupił? Te i podobne pytania dręczyły ją, gdy stanęła na ganku Domku Hypnosa i zapukała do drzwi.

wtorek, 4 listopada 2014

Wszystkiego najlepszego, Charlie!

4 listopada. Syn Hypnosa obudził się z uśmiechem na ustach. W tym roku 18 jego przyjaciółki! Oczywiście pamiętał o jej urodzinach, jakoś nie miał problemów z zapamiętywaniem dat. Przygotował się na ten dzień już wcześniej. Z pomocą dzieci Hermesa przemycił do obozu pokaźny zestaw farb i duże pudełko kredek. Specjalnie poukładał kredki i farby tak, żeby tworzyły tęczę - w końcu Charlie była córką Iris.Bardzo dobrze wiedział o jej zamiłowaniu do sztuki, w końcu poznali się w pracowni artystycznej i tam spędzali większość czasu.  Dołożył jeszcze koszulkę, na której namalował nadruk: "Rainbow flows in my veins" i dużą tęczę oraz jednorożca. Wszystko ładnie opakował w kolorowy papier. Wziął gotowy prezent i z szerokim uśmiechem ruszył w stronę domku dziewczyny. Zapukał do drzwi mając nadzieję, że dziewczyna jest w środku.

~•~
CHARLIE!
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! ♥
Mam nadzieję, że przyłączysz się i poprowadzimy dalej wątek :)
Przepraszam, że takie krótkie, ale brak weny i czasu :x

poniedziałek, 7 lipca 2014

Special day

Urodziny Brae, a cóż by innego mogło go tak pochłonąć na kilka dobrych dni. O takich osobach jak ona starał się pamiętać mimo iż nie miał najlepszej pamięci do dat. Myślał o wielu rzeczach, lepsze pomysły zapisywał na kartkach jednak skończyło się na koszu wypełnionym papierowymi kulkami z papieru. Musiał wziąć pod uwagę wiele rzeczy np. to, że dziewczyna nie wszystkich lubi (w odróżnieniu od niego, bo on lubi wszystkich nawet jeśli nie wszyscy byli dla niego mili). Ze względu na to zdecydował się na pewno nie organizować żadnej imprezy urodzinowej. Jeść dziewczyna też zbytnio nie lubiła więc jego największy talent na niewiele mógł się przydać, choć i tak planował coś drobnego dla niej zrobić w końcu co to by były urodziny bez ciasta i świeczek. Również musiał pomyśleć o prezencie i był to całkiem spory problem.
Po prawie całym dniu zastanawiania się udało mu się wymyślić jedną rzecz - naszyjnik. W głowie w mgnieniu oka opracował i zaplanował co zrobi i jak to zrobi. Po pierwsze musiał skonsultował się z synem Hefajstosa czy mógłby pożyczyć parę narzędzi a najlepiej to czy pracownie też. Trochę się potargował i w końcu doszli do porozumienia.
Geranon gdzieś w swoich znaleziskach wyszukał sam srebrny naszyjnik bez zawieszki. Srebro nie było brudne, ale i tak je oczyścił i na tyle ile się dało to je wypolerował. A więc miał już pierwszą część, teraz potrzebował jeszcze wykonać medalik. Wykonał formę która była kształtu księżyca w fazie sierpa. Później roztopił parę kawałków srebra i wlał je w formę następnie ostudził drobny księżyc no i teraz zaczynała się ta całkiem interesująca część. Używając swojej umiejętności stworzył jakby drobny promyk światła. Włożył go do księżyca i zamknął szkiełkiem również w kształcie sierpa. Wyglądało to niczym esencja słońca zamknięta w medaliku.
Kolejnym punktem na liście do zrobienia było stworzenie pudełka do tego prezentu, a jeśli chodziło o drewno to całkiem dobrze mu z tym szło, więc mógł sam wykonać szkatułkę. Zajęło to kolejny dzień, by wykończyć wszystko. Czyli wszystkie rzeźbienia i pracę plastyczne czyli malowanie. To co było pewnego rodzaju dodatkową atrakcją, to to, że wyrzeźbiony na wieczku pudełka  krajobraz był taki sam jak ten na tabliczce którą Geranon dał Brae jednego z pierwszych dni gdy się poznali (w ramach przeprosin). 
Gdy wszystko było już gotowe - wraz z miniaturowym czekoladowo wanilinowym ciastem. Było one tradycyjnie okrągłe - zrobione z kilku warstw. Spód Geranon zrobił z biszkoptów, pierwsza warstwa to był krem czekoladowy( nutella, roztopiona czekolada wymieszana z bitą śmietaną oraz orzechami). Kolejna warstwa zrobiona z też kremu tym razem jednak wanilinowego. Na koniec 'ciasto' oblane zostało czekoladą, i posypane delikatnie wiórkami kokosowymi Dobrze, że kucharz użyczył mu na trochę kuchni, a bynajmniej jedną ladę i piekarnik, bo bez tego nie wiedziałby co ma robić. Zdobył też świeczki z jej wiekiem (te cyferki, ponieważ te standardowe nie zmieściłby się). 
A więc.. wybrał się do jej domku w nadziei, że tam ją zastanie. Był nawet ubrany w białą koszulę, by podkreślić że nie jest to zwykły dzień. Zapukał do drzwi i jedyne co pozostało to czekać na córkę nocy. 

---------------------------------------------------------
Fajnie by było jakbyś się Brae przyłączyła, ale jak nie da rady, to nie ma problemu, Geranon zostawi prezent pod drzwiami (albo gdzieś koło jej domu, gdzie to znajdzie)